Jechałem przez afrykańską sawannę, kiedy zauważyłem ją – chudą murzynkę z lokalnego plemienia, pracującą na polu. Jej smukłe, czarne ciało lśniło od potu, mała spódniczka z liści ledwo zakrywała jędrny tyłek, a drobne cycki podskakiwały przy każdym ruchu. Oczy miała dzikie, pełne pożądania. Zatrzymałem jeepa, wysiadłem i podszedłem. Nie znała angielskiego, ale jej uśmiech mówił wszystko. Pociągnąłem ją za rękę do pobliskiej chatki z gliny.
Złapałem ją od tyłu, zdarłem te szmaty i wsunąłem palce w jej gorącą, ciasną cipę. Była już mokra jak po deszczu, soki kapały po moich dłoniach. "Rżnij mnie, biały" – wyszeptała po swojemu, a ja nie czekałem. Wyjąłem swojego grubego kutasa, naplułem na niego i wbiłem w jej chudą dupę. Walczyłem o każdy centymetr, jej cipka ściskała mnie jak imadło. Ruchałem ją mocno, łapiąc za biodra, aż jej jęki rozbrzmiewały po całej wiosce. Była taka lekka, że podnosiłem ją jak szmacianą lalkę, nabijając na pałę.
Odwróciłem ją twarzą do siebie, wepchnąłem kutasa między te małe, czarne cycki i kazałem ssać. Lizała łapczywie, połykając jaja, a ja dusiłem się od rozkoszy. Potem znów w cipę – rżnąłem na stojąco, jej chude nogi owijały mi się wokół pasa. Czułem, jak drży, dochodząc z wrzaskiem. "Spuszczaj się we mnie!" – krzyknęła, a ja nie mogłem dłużej. Wypełniłem jej afrykańską cipę gorącym spustem, sperma wyciekała strumieniami po udach.
Leżeliśmy chwilę, dysząc. Wytarła się liściem, ubrała i wróciła do pracy z uśmiechem. Ja? Miałem najlepszą pamiątkę z Afryki – pełną jąder i wspomnienie tej chudej, napalonej murzynki.